"Od dawna wiem, że także dzięki wierze łatwiej mi żyć. Mam do kogo uciec. " Sebastian Karpiel-Bułecka

"Ma 37 lat i jest na fali. Sukces za sukcesem. Tysiące płyt, setki koncertów, nagrody. Ciągle w trasie z Zakopowerem. Szczyt. Ale mówi: życie to nie scena, a zespół nie jest na zawsze. I opowiada o smutku, o strachu, który dopada go nagle podczas występu, o depresji, z której wyciągnęła go psychoterapia. Także o tym, że dzień święty święci, że modli się, gdy jest nieszczęśliwy, że ufa. Zbudował swój pierwszy dom, jest gotów budować rodzinę. Sebastian Karpiel-Bułecka na poważnie.

 

(…)

Wierzysz w monogamię? 

- Oczywiście, że tak. W tej kwestii jestem tradycjonalistą. Jak rodzina, to na całe życie. To jest fundament życia, spokoju i dobra. Widzę w Warszawie, szczególnie w świecie show-biznesu, jak wielu ludzi wyznaje zasadę: "Życie ma się tylko jedno, nie warto marnować go z kimś nieodpowiednim". Łatwo odpuszczają, związki się rozpadają. A ja bym walczył. I walczyłem. Bo wiesz, ludzie prędzej czy później dochodzą do wniosku, że jednak warto było starać się być z kimś. Kiedy przychodzi starość i samotność, żałują, że nie udało im się rodziny zbudować. 

(…)

Poruszyło mnie twoje wyznanie, że mieszkając bez ojca, oszukiwałeś kolegów, że masz pełną rodzinę. I że nie miałeś gdzie podpatrywać, jak powinny wyglądać relacje między kobietą i mężczyzną. 

- I dlatego jeszcze nie noszę obrączki? To żadne usprawiedliwienie, że nie mam wzorca z dzieciństwa. Zgoda, wychowywałem się bez ojca, ale z drugiej strony przyjaciele mają pełne rodziny, jest gdzie podpatrzeć. Nie mam zamiaru całe życie użalać się nad sobą i mieć do kogokolwiek pretensji. Tym bardziej że spokojnie wyobrażam sobie siebie jako męża. 

A jako ojca? 

- Uwielbiam dzieci, bo są prawdziwe, do bólu szczere. Biorą świat, jakim https://www.yourcanadianmeds.com/ pharmacy https://www.antibioticsonline.org/ https://dietpillstruth.org/ http://canadianpharmacysites.com/ jest. Jestem silnie związany z moim siostrzeńcami. Chodziliśmy w góry, teraz muzykujemy. 15-letniego Jędrka zaprosiłem niedawno na scenę w czasie koncertu Zakopowera. Gra, a raczej wymiata na gitarze elektrycznej i skrzypcach. Ćwiczy od rana do nocy, widzę u niego taką pasję jak u siebie. Chciałem, żeby występ dodał mu skrzydeł, żeby poczuł: dobrze robię, że stawiam na grę. Dzieci trzeba wspierać, mówić, że są mistrzami świata. Żeby wierzyły w siebie. 

A co chciałbyś kiedyś wpoić swojemu synowi, córce? 

- Dać mu akceptację i wolność. Nie przelewać na nie swoich trosk. Pamiętam, że długo miałem z tym problem, wciąż myślałem, jak jestem oceniany. I że na pewno negatywnie. Za bardzo koncentrowałem się na swoich problemach. Przez egoizm pewnie zawiodłem bliskich. Jak sobie przypomnę, co wyprawiałem, jak nikogo nie słuchałem, jak się buntowałem, to uznaję, że moja mama jest święta.

(…)

Czy to prawda, że walisz się pięścią w udo, gdy nie radzisz sobie z emocjami? 

- Zażartowałem tak kiedyś, a ktoś napisał to na poważnie. Mnie się robi niedobrze, kiedy widzę agresję. Pamiętam, jak wyszedłem roztrzęsiony z gali boksu. Brzuch mnie bolał, waliło serce - dla mnie ta żądza krwi przy każdym ciosie był chora. Ja nie biję. Wyżywam się gdzie indziej. Jeśli roznosi mnie energia czy gniew, idę poćwiczyć, pobiegać. W Warszawie po Lesie Kabackim, a na Podhalu do Doliny Małej Łąki. Albo idę przejść się samotnie na skitourowych nartach. Kocham to - podejście, zjazd, przepięcie. Sam na sam ze sobą w górach uspokajam się. Tylko że to rzadki luksus. Całe życie kotłują się we mnie emocje. Wcześniej byłem facetem bez luzu, wiem, że mam to po wrażliwej matce. Ona wszystkim się zamartwiała i ja się przejmuję, denerwuję. Czasem występ nie jest tak dobry, jak mógłby, przez moje nerwy, złość, bo śpiewam, a myślę o kłopotach. Zamiast mocnego głosu - jakieś takie wyrobnictwo. Na poziomie, publiczność się bawi, ale dla mnie mój występ to ciut obciach. Kiedyś, przed każdym koncertem wspierałem się szklaneczką whisky, wydawało mi się, że inaczej będzie drętwo, nie dam rady. W domu nie było ani jednej butelki, ale w garderobie obowiązkowo barek. W końcu wkurzyłem się, na dwa miesiące kompletnie odstawiłem alkohol. I okazało się, że mogę grać z takim samym powerem. Dowiedziałem się czegoś o sobie. Staram się mieć świadomość wad - wybuchowości, niecierpliwości, zmiennych nastrojów, bo to już początek pracy nad sobą. 

Z czym najbardziej walczysz?

- No właśnie ze złością. I z jakąś taką bezsensowną rozpaczą. Było kilka sytuacji, w których dopadał mnie przytłaczający smutek. Budziłem się rano, za oknem słońce, a ja widziałem ciemność. Robię się wtedy milczący, siedzę sam w domu. Na pewno otarłem się o depresję. Nie brałem antydepresantów, ale doraźnie jakąś tabletkę uspokajającą wewnętrzny dygot - owszem. Teraz sobie radzę, gdy dopada mnie smutek, wiem, że nie wolno się użalać nad sobą. Zbieram się. OK, jest mi smutno, więc idę z kolegami na wódkę. Przez lata cierpiałem na nerwicę. Na przykład przez rok nie mogłem do końca nabrać powietrza do płuc. Żyłem w napięciu. Czasem wydawało mi się, że zaraz umrę. Robię sobie spokojnie zakupy w supermarkecie, a serce nagle wali 200 uderzeń na minutę, krew pulsuje. Jeździłem do kardiologów, robiłem EKG, mierzyłem ciśnienie. "Serce masz zdrowe", słyszałem. 

To przecież typowe napady paniki. 

- Ja byłem jakby podszyty lękiem i to przeszkadzało mi w codzienności. Recepta jest prosta, ale niełatwo ją zrealizować. Trzeba polubić siebie i złapać dystans. Nad tym pracuję. 

Jak sobie pomogłeś? Chodziłeś do psychologa? 

- Oczywiście, i niejednemu to potem doradziłem. Szkoda, że wciąż panuje przekonanie, że nerwica czy depresja to wstydliwe choroby. A to przypadłość jak każda inna. Czytałem trochę teorii. Ostatnio znalezioną u ciotki książkę o depresji. Trafiła do mnie, bo łączy psychologię i religię. Od dawna wiem, że także dzięki wierze łatwiej mi żyć. Mam do kogo uciec. Gdy byłem nieszczęśliwy, to się modliłem. Przez lata byłem wpatrzony i wsłuchany w kazania księdza Józefa Tischnera. Udzielał ślubu moim kolegom z zespołu. Pięknie mówił o życiu, dowcipkował. Namawiał, żeby nie tracić dystansu do świata, do siebie. 

Długo nosiłeś na szyi medaliki z Matką Boską. Teraz zniknęły. Chwila zwątpienia?

- Przeciwnie, to był bardzo "duchowy" rok dla mnie. Z kolegami pojechałem do Izraela. Mieszkałem w klasztorze Franciszkanów w Tel Awiwie. Zero telewizji, internetu. Oczyściłem się, uspokoiłem. Wstawaliśmy o świcie, żeby odwiedzić miejsca ważne dla chrześcijan. Byłem w Betlejem, Jerozolimie. W Bazylice Grobu Pańskiego chciało mi się płakać ze wzruszenia. Ktoś nad nami czuwa, pokieruje nami. Wiara daje mi przekonanie, że cokolwiek mnie w życiu spotyka, wydarza się w jakimś celu. Sztuką jest dojść do tak mocnego zaufania Bogu, żeby do każdego nieszczęścia podchodzić ze spokojem. Ja tego wciąż nie potrafię. Góry naprawdę są uduchowione i gdy stoję sobie na nartach na Hali Kondratowej, to się cieszę, że umiem świat przez Boga tłumaczyć(…)

 

Rozmawiała Marta Bednarska"

Twój Styl 4/2013